Poprzednia rozmowa
 
 
Siedzi we mnie szaleniec, nawet niezbyt głęboko
Z Larsem von Trierem w Cannes rozmawiał Peter Paul Huth
 
P.H.: Wiosną 1995 roku wraz z kilkoma innymi duńskimi reżyserami ogłosił pan manifest nowej formacji artystycznej. Wkrótce wokół DOGMY 95 zrobiło się bardzo głośno. Pańscy Idioci oraz Festen Thomasa Vinterberga, filmy określane jako filmy DOGMY, wzbudziły ogromne zainteresowanie podczas festiwalu w Cannes w ubiegłym roku. Czy filmy DOGMY tworzą jakiś szczególny gatunek filmowy?
 
L.T.: Tak, choć jedna z reguł DOGMY mówi, że nie powinno się kręcić filmów w określonym gatunku. Owszem, to pewien gatunek. Można tak powiedzieć.
 
P.H.: Czy pana poprzedni film Przełamując fale był filmem DOGMY?
 
L.T.: Zasady DOGMY ustaliliśmy, zanim nakręciłem Przełamując fale. Byłem ich współtwórcą, powinieniem zatem nakręcić film, który byłby z nim zgodny. Ale Przełamując fale nie był filmem w stylu DOGMY. W pewnym stopniu był bliski tym zasadom, ale to nie był film DOGMY. W filmie DOGMY na początku pojawia się mały znak. Po tym można poznać, że to film DOGMY.
 
P.H.: Zastanawiam się czy wszystko, co wiąże się z DOGMĄ, bierze pan na poważnie, czy też dostrzega pan w całym tym zamieszaniu jakiś element żartu?
 
L.T.: Ależ nie, traktuję to bardzo poważnie. Jeśli tworzy się jakieś zasady, nie można ich wyśmiewać. Chyba że ma się zamiar poświęcić swe życie żartom. A ja nie chciałbym tak żyć. Nie, to bardzo poważne. Poważne nie w tym sensie, że chcielibyśmy, by zasady DOGMY rozpowszechniano na całym świecie. Nie chcemy nikogo oświecać. Ale podchodzimy do tego na serio, ponieważ wierzymy, że zasady pozwalają nam skupić się w odmienny sposób na filmach, które robimy.
 
P.H.: Dlaczego według reguł DOGMY w napisach końcowych nie wolno umieszczać nazwiska reżysera?
 
L.T.: Ta zasada powstała jako ostatnia. Nagle wpadłem na ten pomysł, bo stwierdziłem, że to będzie najbardziej prowokująca rzecz, jaką w ogóle można zaproponować. Zaakcentowaliśmy w ten sposób nasze pragnienie skromności. Każdy członek ekipy filmowej robi tak wiele, że prawdopodobnie reżyserzy mogliby stać się zupełnie niewidzialni. Jest mnóstwo kościołów i pięknych obrazów, które nie są podpisane. Pokora może być użyteczna.
 
P.H.: Jedna z zasad DOGMY mówi, że nie powinno się wykorzystywać specjalnie przygotowywanych dekoracji. Ale kiedy oglądam Element zbrodni czy Europę, dostrzegam, że są one zatopione w nierealistycznym otoczeniu. Nosi pan więc w sobie dwie dusze: duszę DOGMY i tę drugą, która pozwala sobie na fantazje?
 
L.T.: Nie. Jestem odpowiedzialny za powstanie reguł DOGMY. Można powiedzieć, że zostały one stworzone dla mnie. Mógłbym to wytłumaczyć na przykładzie cyrkowego żonglera. Po kilku latach żonglowania chce się również zacząć chodzić po linie. To rodzaj utrudnienia. I właśnie o to chodzi w tych zasadach. O nakładanie sobie ograniczeń, które dają w pewnym sensie wolność. Dają wolność, ponieważ pozwalają koncentrować się na czymś innym...
 
P.H.: W zasadach DOGMY zapisane jest również, że filmy powinny być realizowane na taśmie 35-milimetrowej. A pan kręcąc Idiotów użył kamery wideo...
 
L.T.: Rzeczywiście, to się nie zgadza z zasadami DOGMY, choć dało ciekawy efekt. Wykorzystaliśmy zupełnie nową technikę. Zmiana nie polegała na wynalezieniu jakiejś nowej zasady obsługi kamery, lecz na wykreowaniu sposobu kręcenia niezwykle długich scen i ich cięcia. To fantastyczna technika, o której nie miałem pojęcia. Nie była możliwa przed wynalezieniem wideo.
 
P.H.: A zatem użył pan wideo, żeby mieć większą swobodę.
 
L.T.: Tak, nagle zyskałem wolność, nieograniczoną wolność.
 
P.H.: Ale obrazy nakręcone na wideo po przeniesieniu na wielki ekran stają się nieco zamazane...
 
L.T.: Nie widzę w tym żadnego problemu. Jestem zafascynowany wideo.
 
P.H.: Efekt jest taki, że Idioci przypominają dokument, choć to przecież fikcja.
 
L.T.: Oczywiście, że fikcja. Filmowałem wszystko sam, a to znaczy, że widziałem bardzo dokładnie, co się dzieje na planie, gdzie rodzi się konflikt między postaciami i na czym powinienem się skupić. Właściwie nie filmowałem, po prostu patrzyłem za pomocą kamery.
 
P.H.: Miał pan zamiar wywołać u widza uczucie niepewności co do tego, czy ogląda fikcję, czy też dokument?
 
L.T.: Nie. Należy zachować świadomość fikcyjności tego filmu. Ale to prawda, że są w nim elementy o charakterze dokumentalnym...
 
P.H.: Interesuje się pan pojęciem normalności i zachowaniami wykraczającymi poza normę. Idioci są niejako ilustracją obiegowego twierdzenia, że w każdym z nas siedzi wariat. Czy rzeczywiście w każdym z nas?
 
L.T.: We mnie tak. Nie mogę mówić za innych. Może to film tylko o mnie. Tak, siedzi we mnie szaleniec, nawet niezbyt głęboko. W panu także.
 
P.H.: Uważa pan szaleństwo za rodzaj wyzwolenia?
 
L.T.: Trudno mi odpowiedzieć. Także Idioci nie udzielają odpowiedzi na takie pytania. To nie jest film propagujący konkretną ideeę. [...]
 
P.H.: Czy postrzega pan tworzenie filmu jako rodzaj przeżycia mistycznego?
 
L.T.: Byłoby świetnie, gdyby tak się stało.
 
P.H.: Film to poszukiwanie prawdy i...
 
L.T.: Tak, używajmy wielkich słów, to dobrze. Nie potrafimy ich wypełnić sensem, ale używajmy ich. [...)]
 
P.H.: We wszystkim, co pan robi, jest jednak ukryta prowokacja. Celem pana filmów jest wprawienie ludzkich umysłów w stan aktywności, często nawet wbrew woli widzów.
 
L.T.: Tak. Ale mimo prowokacji DOGMA nie stwarza zagrożenia dla tradycyjnego sposobu filmowania. Takim zagrożeniem była francuska nowa fala. To był nurt oddziałujący na cały świat. To było zagrożenie, a jednocześnie twórczy kopniak. Nie mam złudzeń, że z DOGMĄ stanie się to samo, co stało się z nową falą. Wrzucam tylkokamień do stawu i mocę wodę. Każdy może na tym skorzystać. Mimo to spotkałem się już z agresją. Gdy byłem we Francji w 1995 roku, poszedłem na konferencję prasową, na której rozdałem manifest DOGMY. Moi koledzy zapytali mnie wtedy: "Dlaczego ty tak nienawidzisz filmu?" Była więc w tym jakaś prowokacja. [...]
 
P.H.: Czy kręcenie filmów pomaga panu w życiu?
 
L.T.: To spełnienie pewnych pragnień. Tylko na tę odległość mogę się do nich zbliżyć. Mówię zbyt abstrakcyjnie, ale nadal istnieją tęsknoty za różnymi rzeczami, więc...
 
P.H.: Czy pamięta pan, co było pierwszym impulsem, który skłonił pana do robienia filmów, co sprawiło, że stał się pan twórcą filmowym?
 
L.T.: To była fascynacja samym medium, fascynacja małymi scenami, które układa się w głowie, a później przenosi na ekran. Ta fascynacja nadal mną kieruje i z upływem lat staje się coraz istotniejsza. Niekiedy moje życie jest bardzo ciężkie, pełne niepokoju i bólu. Nie będe zanudzał szczegółami, ale... ja robię filmy. Po to żyję. To, co mówię, jest banalne i pretensjonalne, ale prawdziwe.
 
P.H.: Kim by pan był, gdyby nie został pan reżyserem?
 
L.T.: Byłbym martwy.

 "Machina", luty 1999