Z LARSEM VON TRIEREM ROZMAWIA DIETLIND LERNER
 
D.L.: Może zacznijmy od tego, skąd się wziął pomysł Królestwa? Dlaczego zdecydował się pan na realizację tego filmu ?
L.T.: Od dawna myślałem o zrobieniu dużego projektu dla telewizji. I zaczęły mi przychodzić do głowy historie o duchach. Jest to gatunek filmowy, który zawsze mnie fascynował. Wydobyłem z pamięci serial Belfegor czyli upiór Luwru, który oglądałem w dzieciństwie i który wówczas naprawdę wywoływał we mnie strach. Następnym krokiem było odnalezienie odpowiednika Luwru (gdzie rozgrywała się akcja Belfegora) tutaj, w Kopenhadze. Oczywistym miejscem był szpital - duży szpital "Królestwo". Później okazało się, iż był to znakomity pomysł, ponieważ z miejscem tym związanych było już wiele historii o duchach, zrodzonych z konfliktu między prawdziwą nauką a świa-tem bardziej uduchowionym.
D.L.: Czy było trudno uzyskać zgodę na zdjęcia w szpitalu ?
L.T.: Nie. Być może następnym razem będą jakieś opory. Prawie wszystko sfilmowaliśmy w szpitalu, niewiele zdjęć powstało w studio. Zdjęcia w szpitalu były bardzo przyjemne. Kiedy zobaczyłem ukończony film byłem przekonany, że zadowoli on także pewną część szpitalnego personelu. Ale znajdzie się też z pewnością druga grupa, która będzie o wiele mniej zachwycona.
D.L.: Czy przed rozpoczęciem zdjęć spędził pan jakiś czas w szpitalu?
L.T.: Tak, spędziliśmy tam wiele czasu, interesując się różnymi sprawami dotyczącymi medycyny i muszę powiedzieć, że wszystkie epizody w tym serialu są w dużej mierze prawdziwe. Wszystkie zostały zainspirowane autentycznymi przypadkami. W trakcie realizacji doszliśmy do wniosku, że pisząc scenariusz narzuciliśmy sobie nadmierne ograniczenia. Wydarzyło się tam tyle absurdalnych rzeczy, o których nawet nam się nie śniło, tyle sytuacji, których obawialiśmy się w scenariuszu, ponieważ wydawały nam się niewiarygodne.
D.L.: W pana filmie Epidemic głównymi bohaterami byli także lekarze. Czy czuje się pan jakoś szczególnie związany z lekarzami i szpitalami?
L.T.: Nie. Muszę przyznać, że ostatnio bardzo boję się lekarzy. Rzeczywiście, szpital był miejscem używanym przeze mnie poprzednio kilka razy; jest dobrze mi znanym lokalizacją. Ale pomysł, by umieścić tam ducha został zainspirowany przez Belfegora.
D.L.: Czy w Królestwie są jeszcze jakieś inne, bezpośrednie odniesienia do Belfegora?
L.T.: Bezpośrednich nie ma. Są tylko pośrednie. Nie wiemy dlaczego zdecydowaliśmy się wybrać do roli psa mastifa. Jest to dziwne, ponieważ mastif występował również w Belfegorze, a jest to w Danii niezwykle rzadka rasa. Były też inne pomysły, na przykład woda tryskająca z ziemi. Muszę dodać, że istnieje także inny serial telewizyjny inspirujący Królestwo. Nie chodzi tu o kwestię stylu czy samą fabułę, ale bardziej o inspirację dyktującą sposób pracy. Tym serialem było Miasteczko Twin Peaks, szczególnie jego pierwsze odcinki, reżyserowane osobiście przez Davida Lyncha. Nie zachwycały mnie specjalnie jego filmy fabularne, więc pytałem sam siebie, dlaczego podoba mi się serial i na czym polega różnica między nim a jego filmami fabularnymi. i sądzę, że znalazłem odpowiedź. Miasteczko Twin Peaks musiało stanowić dla Davida Lyncha to, co ja nazywam pracą lewą ręką, w pozytywnym sensie tego słowa. Chodziło o to, żeby znaleźć coś, co nie jest zbyt osobiste. Pracując nad tematem, który nie jest zbyt drogi sercu, można czuć się naprawdę wolnym, nie ograniczonym dobrym smakiem, lub czymkolwiek innym. Robi się po prostu skok w dany temat i wydaje mi się, że to właśnie zrobił David Lynch, a na pewno to jest to, czego dokonałem ja sam. Kiedy więc zaczęliśmy pracę nad projektem, potraktowałem go może nawet zbyt lekko. Teraz jednak jestem bardzo przywiązany do zrealizowanych epizodów i muszę przyznać, że praca nad nimi była niezwykle zabawna.
D.L.: Czy realizacja telewizyjna bardzo ograniczała styl pana reżyserii?

L.T.: Tak, jeśli ma pan na myśli dyscyplinę. Musiałem się z nią liczyć. Kiedy się realizuje film fabularny, jest on po prostu o wiele bliższy reżyserowi, film jest tym, czym nie będzie nigdy nic realizowanego dla telewizji. Kto wie, może to forma wytłumaczenia, że zabrałem się za gatunek, który pozwolił mi na ujęcie wielu rzeczy, których normalnie nie uwzględniam w mojej twórczości.
D.L.: Jednak reguły, które musiał pan respektować w telewizji są o wiele bardziej sztywne?

L.T.: Rozumiem, co pan ma na myśli, ale ja miałem tę przewagę, że nie trzymałem się tych reguł.
D.L.: Bohaterowie i struktura Królestwa często przypomina operę mydlaną.

L.T.: To właśnie było dla mnie interesujące. Zderzenie opery mydlanej z horrorem. Można to też traktować jak film familijny, który powinien przestraszyć całą rodzinę.
D.L.: Wydaje mi się, że w "Królestwie" sporo jest z Hill Street Blues.

L.T.: To bardzo dobrze. Hill Street Blues bardzo dobrze się sprzedał.
D.L.: Jeszcze inną inspiracją jest telewizyjny realizm.

L.T.: Muszę powiedzieć, że rzeczą dla mnie zupełnie nową jest praca nad montażem. Nigdy z tym nie miałem dotąd do czynienia, zawsze realizowałem ściśle określoną opowieść i właściwie montowałem film zanim rozpoczęły się zdjęcia. Muszę przyznać się do jeszcze innego źródła inspiracji, pochodzącego od Davida Mameta, reżysera Homicide, którego styl jest ogromnie interesujący. Przypomina film zrobiony kamerą z ręki. Łamie wiele istniejących reguł. Więc zaadaptowaliśmy ów styl w ten sposób, że w łamaniu reguł poszliśmy jeszcze dalej. Daje on bardzo dużo wolności w procesie montażu. [...] Wynaleźliśmy nawet kilka niewielkich, ale zupełnie nowych sposobów montażu. Nie sądzę, by było to zauważalne dla zwykłej widowni, ale dla mnie było ogromnie ważne.
D.L.: Czy poza fotografią, zależało panu na tym, by zrealizować film w stylu telewizyjnego realizmu?

L.T.: Tak, oczywiście, ale ma on przede wszystkim związek z horrorem. Jestem przekonany, że horror wywołuje większe wrażenie, jeśli w tle jest coś realnego. Jeśli rozgrywa się on w jakimś kompletnie surrealistycznym świecie, nie wywołuje tak silnego wrażenia, jak wówczas, gdy sytuacja jest bliska realności. Jest to przede wszystkim kwestia nastroju. Jeśli jednak chce się podkreślić wymiar duchowy, trzeba zwracać uwagę na realizm, który można uzyskać filmując z ręki w stylu telewizyjnego filmu dokumentalnego.
D.L.: Czy kolory mają tu jakieś specjalne przesłanie? Mam na myśli zmiany barwnej dominanty obrazu najczęściej w odcieniu zielonym, czasami żółtym...

L.T.: Według mnie jest to najbardziej kolorowy film, jaki kiedykolwiek zrobiłem. Próbowaliśmy, oczywiście, wykorzystać kolor do wywołania określonego nastroju, to prawda. Ale nie pracowaliśmy nad tym ze szczególną uwagą. W moich kolorach nie ma filozofii, tylko nastrój.
D.L.: Dlaczego nadał pan filmowi taki tytuł ?

L.T.: Tak właśnie nazywa się szpital w Kopenhadze. A poza tym doszedłem do wniosku, że dla międzynarodowej widowni pomysł królestwa wywodzącego się z Danii może być interesujący. Królestwa - jak wszyscy wiedzą - skażonego panującym w Królestwie Duńskim zepsuciem. Jest jeszcze wiele innych odniesień, na przykład do modlitwy "Ojcze nasz...przyjdź królestwo Twoje". Zainteresował mnie fakt, że ściśle naukowa placówka nie czuje się źle wybierając nazwę, która nosi w sobie coś z bluźnierstwa.
D.L.: Mała dziewczynka ma na imię Maria, a tytuły epizodów wzięte są z Biblii...

L.T.: Musieliśmy to napisać bardzo szybko. Normalnie napisanie scenariusza zabiera nam półtora roku, ale tu powiedzieliśmy "nie", mamy półtora miesiąca, nie będziemy do tego wracać, czytać i dlatego bardziej to przypomina coś, co określane jest mianem "écriture - automatique" - pisanie automatyczne. Stąd wiele kosmicznych symboli, które wzięły się znikąd, nie dyskutowaliśmy też nad nazwami, po prostu braliśmy te, które pierwsze przyszły nam do głowy. Nie jestem zaskoczony słysząc, że tak wiele znalazło się tu z Biblii, ponieważ istnieje ona stale w naszej świadomości.
D.L.: Czy prowadził pan jakieś badania nad spirytyzmem?

L.T.: Tak. Mieliśmy osobę znającą ten temat, pełniącą rolę kogoś w rodzaju naszego przewodnika, która przeczytała scenariusz by upewnić się czy nasze traktowanie tematów mistycznych było właściwe. Osoba ta powiedziała nam, iż jedynym problemem jest to, że za bardzo się do tego świata zbliżyliśmy. Chodziło o to, że duchy są wszędzie wokół nas i kiedy ktoś zaczyna się nimi za bardzo interesować, wchodzić w ich świat, mogą spowodować wiele kłopotów. Stosowaliśmy więc w czasie filmowania wiele rytuałów. Nasza przewodniczka powiedziała nam, co robić i byliśmy posłuszni. A i tak mieliśmy wiele incydentów z duchami.
D.L.: Co to były za rytuały?

L.T.: Jednym z nich było czyszczenie okien przed wejściem do pokoju poprzez uczynienie znaku krzyża.
D.L.: A jaki charakter miały incydenty z duchami?

L.T.: Bardzo różnorodne. Zdarzały się problemy techniczne. Były duchy przeszkadzające w pokoju montażowym...zdarzyło się wiele rzeczy.
D.L.: Czy chce pan, żeby to zostało opublikowane?

L.T.: Tak, proszę bardzo (śmieje się) To pan chce to opublikować... Mówiłem gorsze rzeczy!
D.L.: Czy film ma ambicje, by przyciągnąć nową widownię, czy odwołuje się tylko do starych wielbicieli Larsa von Triera ?

L.T.: O, nie, starzy wielbiciele będą ogromnie zawiedzeni, że zwróciłem się w stronę komercji (śmieje się).
D.L.: Czy tak rzeczywiście było?

L.T.: Tak!
D.L.: Dlaczego?

L.T.: Z powodu pieniędzy. Ten film jest czysto komercyjny.
D.L.: Co zdarzy się w epizodzie 14?

L.T.: Nie wiem, czy powinienem panu powiedzieć...
 
Berlin, 26 sierpnia 1994