TREŚĆ
Na koniec świata to wstrząsający dramat o namiętności, miłości i szaleństwie, o skomplikowanych i niejednoznacznych związkach między bohaterami - Jadwigą (Joanna Żółkowska), jej synem Kamilem (Dariusz Toczek), wychowanicą Jadwigi a zarazem żoną Kamila - Teresą (Justyna Steczkowska), a fascynującym i demonicznym malarzem - Wiktorem (Aleksander Domogarow).
Akcja filmu rozgrywa się na początku XX wieku, w egzotycznej scenerii Mandżurii. Wśród Chińczyków i Rosjan przebywa duża grupa Polaków, pracujących przy budowie kolei.
Bohaterka filmu - Teresa przyjeżdża tam ze swoim świeżo poślubionym mężem Kamilem, którego nie kocha. Poznaje rosyjskiego malarza - Wiktora, który nawiązuje z Teresą romans, wciągając ją w erotyczną grę. Przelotna fascynacja młodą Polką wkrótce przekształca się w prawdziwą miłość. Tymczasem Kamil odkrywa zdradę żony, która niespodziewanie decyduje się opuścić kochanka.
Wiktor szaleje z zazdrości. Tragedia jest nieunikniona.
Mówi Magdalena Łazarkiewicz:
Odkąd sięgnę pamięcią, to zmorą wszystkich spotkań z publicznością po projekcji filmu jest powtarzające się jak refren pytanie : "Dlaczego Pan (lub Pani) zrobił(a) ten film?" Zastanawiam się, co kieruje ludźmi, którzy z jakimś niemal automatycznym uporem pytają o to samo... Czy rzeczywiście zadają to pytanie z autentycznej chęci zgłębienia motywów, jakie kierują artystą? Czy jest to może pytanie - wytrych, pozwalające pytającym zachować uprzejmy dystans, gdy nie wiedzą, czy wypada pochwalić czy zganić twórców
Szczerze mówiąc, to pytanie jest bardzo kłopotliwe. Nie lubię na nie odpowiadać. Czasem zasłaniam się taką odpowiedzią - parawanem: "Wiecie Państwo, jeżeli nie wynika to z samego filmu, to co ja tu Państwu będę opowiadać." Ale taka odpowiedź zwykle nie satysfakcjonuje tych co bardziej dociekliwych. Ponieważ więc, z pewnością nie uda mi się od odpowiedzi na to pytanie wywinąć- odpowiem na nie hurtem, za jednym zamachem. Żeby mieć to z głowy.
Co prawda, odpowiedzieć do końca uczciwie nie sposób...
Po pierwsze, motywy bywają bardzo intymne i utajone nawet przed sobą samym - a co dopiero, gdy trzeba się z nich publicznie "wyzwierzać". (Ta trudność występuje zwłaszcza, gdy jak to mam miejsce w moim przypadku - uprawia się tzw. "kino autorskie"). Po drugie film u nas powstaje tak długo (zwykle około roku), że to, co było motywem na początku, często już nie zgadza się z tym, co na końcu.
Z drugiej jednak strony, poczucie obowiązku i świadomość, że coś jesteśmy ludziom winni za to, że pozwolono nam zrobić ten film (bo czymże jest robienie filmów, jak nie zaciąganiem publicznych długów), każe mi z pokorą odpowiedzieć (a raczej spróbować odpowiedzieć) na to nieszczęsne pytanie.
A oto kilka odpowiedzi, które przyszły mi do głowy.