Świat Książki Samotny mężczyzna

Fragment "Samotny mężczyzna", Christopher Isherwood, Świat Książki 2010

Skoro już się ubrało, stało się nim, stało się mniej lub bardziej George’em – chociaż jeszcze nie całym George’em, jakiego ludzie oczekują i jakiego skłonni są rozpoznawać. Ci, co dzwonią do niego o tej wczesnej godzinie, zdziwiliby się, a może nawet przestraszyli, gdyby się zorientowali, że mówią do istoty w trzech czwartych tylko ludzkiej. Ale oczywiście się nie zorientują – tak doskonale naśladuje ona głos ich George’a. Nawet Charlotte daje się nabierać. Tylko dwa albo może trzy razy wyczuła coś osobliwego i spytała:
– Geo, czy z tobą wszystko w porządku?
Przemierza pierwszy pokój, który nazywa swoim gabinetem, i schodzi po schodach. Schody są kręte, stopnie mają wąskie i strome. Schodząc, można łokciami dotykać obu barierek i trzeba pochylić głowę, nawet jeśli – jak George – ma się tylko metr siedemdziesiąt. To mały, przemyślnie zaplanowany domek. Jego niewielkie rozmiary działają opiekuńczo: nie ma tu nawet dość miejsca na to, by czuć się człowiekiem samotnym.
Niemniej jednak...
Jeśli pomyśleć o dwóch osobach, które mieszkają razem dzień w dzień, rok w rok, w tej małej przestrzeni, stojąc łokieć w łokieć, gotując na jednej małej kuchence, mijając się z trudem na wąskich schodach, goląc się w łazience przed tym samym małym lustrem, ciągle wchodząc, wpadając na siebie, potrącając się przypadkiem lub rozmyślnie – zmysłowo, agresywnie, niezręcznie, niecierpliwie, w złości lub w miłości – pomyśleć, jak głębokie, choć niewidoczne ślady musieli wszędzie po sobie zostawić! Drzwi do kuchni zaplanowano zbyt wąskie. Dwie osoby, które się śpieszą, z talerzami w ręku, wciąż się tutaj ze sobą zderzały. I właśnie tutaj, niemal każdego ranka, George, doszedłszy do podstawy schodów, ma wrażenie, że nagle znalazł się na ostrej, brutalnie odciętej, stromej krawędzi, tak jakby ścieżka nagle opadała w urwisko. Tu zatrzymuje się raptownie i wie, z obezwładniającym poczuciem nowości, niemal jakby to było po raz pierwszy: Jim nie żyje. Nie żyje.
Stoi bez ruchu, bez słowa, czasem najwyżej wydając krótki zwierzęcy pomruk, i czeka, aż minie spazm. Potem wchodzi do kuchni. Te poranne spazmy są zbyt bolesne, by je traktować sentymentalnie. Kiedy miną, czuje ulgę, tylko tyle. Tak jak wtedy, kiedy mija silny atak kurczu.


Dziś więcej mrówek niż zwykle wędruje kolumnami przez podłogę, wspinając się na zlew i atakując szafkę, w której trzyma dżem i miód. Niszczy je systematycznie rozpylaczem Flita i nagle widzi się przy tej czynności: uparty, złośliwy staruch, narzucający swą wolę tym pouczającym, cudownym owadom. Życie, które niszczy inne życie przed widownią złożoną z przedmiotów – garnków i patelni, noży i widelców, puszek i butelek – które nie biorą udziału w królestwie ewolucji. Dlaczego? Po co? Czy jakiś kosmiczny wróg, jakiś arcytyran usiłuje zasłonić przed naszymi oczyma swoje istnienie, rzucając nas na naszych naturalnych sojuszników, współmęczenników jego tyranii? Niestety, zanim George o tym pomyślał, mrówki już nie żyły – starte mokrą szmatką spłynęły w otwór zlewu.
Robi sobie jajka w koszulkach, bekon, grzanki i kawę i siada przy kuchennym stole, żeby to zjeść. Tymczasem po głowie krąży mu dziecinna piosenka, jaką śpiewała mu niańka, kiedy jako dziecko mieszkał w Anglii, przed tylu, tylu laty:
„Jajka na grzance to rzecz znakomita...”.
Widzi ją wciąż tak wyraźnie, siwą, z mysimi oczyma, niską pulchną sylwetkę, z tacą z dziecinnym śniadaniem w ręku, zadyszaną od wspinania się po schodach. Utyskiwała na ich stromiznę, nazywała je „drewnianymi górami” – to jedna z magicznych nazw jego dzieciństwa.
„Jajka na grzance to rzecz znakomita,
Kto ich raz spróbuje, zawsze o nie pyta!”.
Ach, ta dramatycznie ulotna przytulność owych dziecięcych przyjemności! Panicz George pałaszujący jajka na grzance, niania, która patrzy na niego i uśmiecha się dla potwierdzenia, jak bezpiecznie jest w ich kochanym małym, skazanym na zagładę świecie!


Śniadanie z Jimem należało do najlepszych momentów ich dnia. Wtedy właśnie, pijąc drugą i trzecią filiżankę kawy, toczyli najlepsze rozmowy. Rozmawiali o wszystkim, co im przyszło do głowy – nie pomijając oczywiście śmierci i kwestii, czy istnieje życie pozagrobowe, a jeśli istnieje, to co obejmuje. Rozważali nawet zalety i wady nagłej śmierci oraz świadomości tego, że się ma zaraz umrzeć. Ale teraz George za żadne skarby świata nie może sobie przypomnieć, jakie było zdanie Jima w tej kwestii. Podobne pytania trudno traktować poważnie. Są zbyt akademickie.
Załóżmy, że zmarli mogą nawiedzać żywych. Że coś, co w przybliżeniu będzie odpowiadać opisowi Jima, powróci, żeby się przekonać, jak George sobie radzi. Czy takie spotkanie przyniesie im satysfakcję? Czy warte będzie zachodu? W najlepszym razie odbędzie się coś w rodzaju przelotnej wizyty obserwatora z innego kraju, któremu wolno zerknąć przez chwilę z rozległych przestrzeni swojej wolności i ujrzeć w oddali, przez szybę, tę postać, która siedzi samotnie przy małym stole w wąskim pomieszczeniu, pokornie i ospale jedząc jajka w koszulkach, jak dożywotni więzień.